piątek, 22 października 2010

Komunikacyjny dramat

Na blogu unikam jak ognia, tematów związanych z polityką. Bo tak postanowiłem. Tej jest wszędzie pełno. Ostatnie dwie parlamentarne kampanie wyborcze nawet lodówki upolityczniły. Jednak dzieją się w tej chwili tak niesamowite rzeczy, że trudno jest przejść nad nimi do porządku, bo dotyczą niczego innego jak kompetencji komunikacyjnych wśród ludzi, którzy dzięki nam, rządzą w naszym kraju od lat. A w zasadzie katastrofalnego braku tych kompetencji.

Nie będziemy rozmawiać o przekonaniach politycznych. Porozmawiamy o faktach.

Przypomnij sobie Szanowny Czytelniku, sytuacje polityczną sprzed wyborów zarówno parlamentarnych jak i prezydenckich w 2005 roku. Pamiętasz jeszcze coś, co dziennikarze nazywali POPiS-em? Większość ludzi, w tym i mediów, zakładała, że po tych właśnie wyborach, rządzić będzie koalicja tych dwóch ugrupowań, które jakby nie było, wyrosły z tego samego, opozycyjnego najpierw wobec komunistów, później postkomunistów, pnia. Oczywiście widoczne były pomiędzy obiema partiami różnice, ale czy nie dlatego zawiązuje się koalicje, żeby dochodzić do wspólnych, najlepszych dla kraju rozwiązań? Miało być wiec cudownie i w końcu normalnie. Po raz pierwszy po 1989 roku.

To co się wtedy stało jest przyczyną tego politycznego chlewu, bo trudno to już nawet maglem nazwać. Wtedy się to zaczęło i narasta, i zanim się polityczni oligarchowie  ponownie przywitają z rozumem i zdrowym rozsądkiem, to możemy mieć więcej ofiar, niż te dwie w Łodzi. W tej chwili mamy do czynienie z klasycznym konfliktem relacji. czyli najbardziej trudnym do zażegnania rodzajem konfliktu. Jak on się zaczął i jak ewoluował? Wróćmy do faktów.

W 2005 wyglądało  na to, że wybory wygra PO ze znaczną przewagą nad PiS a prezydentem zostanie Donald Tusk. Okazało się jednak, że wyborcy zdecydowali inaczej i najpierw do Sejmu wybrali większość z PiS, a kilka tygodni później Pana Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta RP.

Nie wiem, czy pamiętasz pierwsze i chyba zresztą jedyne rozmowy o koalicji miedzy tymi partiami. W blasku fleszy i telewizyjnych reflektorów PO złożyła PiS-owi tak niewiarygodnie arogancką propozycję współpracy, że została ona uznana za niepoważną. Zrobili to na dodatek w taki sposób, że niektórzy z polityków PiS uznali to za osobista zniewagę. Pamiętajmy, że było to w momencie, gdy znęcano się medialnie nad dziadkiem Pana Tuska i jego powiązaniami z obcymi armiami. Niestety ówcześni doradcy Pana Tuska nie potrafili poradzić sobie z tym kryzysem, wiec uciekli się do najprostszej strategii, zaprzeczania i mówienia, że to niegodne i niegodziwe, kłamać w taki sposób. Okazało się, że jedynym kłamstwem, było to które padło z ust Pana Tuska, że jego dziadek nie służył tam gdzie służył. To kłamstwo kosztowało go prawdopodobnie prezydenturę.

Dla PiS  stanowisko, jakie  PO zajęło podczas tych negocjacji nie było ani rzetelne, ani nie uwzględniało faktu, że to PIS wygrało – zgodnie z wolą wyborców – wybory parlamentarne. I tak właśnie, konflikt danych i interesów przekształcił się bardzo szybko w konflikt strukturalny, konflikt wartości i relacji. Z taką sytuacją mamy do czynienia do tej pory, ponieważ konflikty relacji są bardzo trudne do załagodzenia. Pamiętasz te zapewnienia polityków po katastrofie smoleńskiej? Niech się tylko skończy żałoba i wrócimy do tego, co było kiedyś. Tak przewidywali, tak obiecywali i tak zrobili.

Swoją drogą, ciekawe jest, co polityków PO natchnęło, aby złożyć PiS-owi taką, a nie inną propozycję, w ten właśnie sposób, przed kamerami. Moim zdaniem, zawiodło rozpoznanie, a właściwie – jego brak. Poprzestano na założeniu, które zresztą wtedy wydawało się jedyne i oczywiste, że po wyborach może powstać wyłącznie jedna koalicja PO i PIS. Ludzie Platformy nie brali pod uwagę innych rozwiązań, a przez to założyli, że dla PiS-u też nie ma żadnej innej alternatywy. Okazało się, że jest. Platforma stała się ofiarą swojego własnego założenia o braku innej możliwości. Popadła w pychę. Kiedyś Jan Pietrzak, komentując zaskoczenie komunistów po przegranych wyborach z 4 czerwca 1989 roku powiedział: „Ich propaganda sukcesu była tak silną i dobrze robioną, że sami w nią uwierzyli.”

A od tamtej pory nikt już na serio nie mówi o współpracy dwóch ugrupowań, którym – swego czasu – nie dość, że było blisko do siebie, to i nawet dobrze im się – jako opozycji – w Sejmie, współpracowało. Zrobili, co zrobili. Teraz mamy już jawny stan wojny relacyjnej i emocjaonalnej. Mowiąc całkiem otwarcie, kiedy słucham ich wzajemnych obelg, to zupełnie nieparlamentarnie mówiąc rzygać mi sie chce. Te ciągłe wyścigi polegające na stwierdzaniu kto jest bardziej niegodziwy, niegodny szacunku, małostkowy, zakompleksiony szkodzą nie tylko Państwu ale i demokracji.

Nie do pominięcia jest tu rola mediów, które wolą tego typu igrzyska, niż żmudną pozytywistyczna pracę u podstaw państwa, wykonywaną przez posłów, tak zmęczonych i skupionych na stanowieniu mądrego prawa dla dobra wszystkich obywateli, że nie maja już czasu na zapasy w medialnym błocie czy obrzucanie się publiczne niczym innym poza śnieżkami na pikniku z dziećmi w parku na tyłach Sejmu.
To co obserwujemy w stosunkach politycznych obecnie, to jest efekt kuli śniegowej, który został zainicjowany właśnie wtedy.

Czym to grozi?

Lawiną, która nas wszystkich może na długo zasypać a w zasadzie zalać rzeką pełna błota i politycznych pomyj.
Może lepiej pozwólmy się panom politykom samym babrać w ich szambie. Skoro lubią tam wrzucać granaty to ich sprawa.

Może znajdźmy sobie nowych.

Którzy będą chcieli nam służyć, a nie nami rządzić.

Takich, dla których najbardziej liczyć się będziemy my Obywatele tego Państwa, a nie to, czy ich na następna kadencje do koryta znowu wybiorą.

Fajna utopia, prawda :)
Wojtek Grad

wtorek, 21 września 2010

21 kroków do efektywnej komunikacji

Krótko i na temat bez zbędnej publicystyki. Po przeczytaniu już sam dobrze będziesz, co z tym zrobić. Jeżeli byś jednak nie wiedział, to za bardzo się nie przejmuj, wszak ludzie uczą się całe życie :)
  1. Unikaj protekcjonalności
  2. Akcentuj siebie, jako podmiot komunikacyjny: uważam, według mnie, z mojego punktu widzenia
  3. Unikaj generalizacji w postaci: zawsze, wszyscy, nigdy itp.
  4. Świadomie używaj słów „ale”, „dlaczego”, „nie”
  5. Pytaj o fakty, wspólne możliwości rozwiązań, propozycje i opcje, które widzi druga strona
  6. Stereotypy zostaw politykom i mediom, poprzez pytania szukaj intencji i rozwiązań
  7. Strzeż się dyskusji o przekonaniach i wartościach
  8. Jeśli już dojdzie do konfrontacji zawsze pamiętaj o szacunku dla drugiej osoby i o tym żeby pozostawić im jakąś drogę wyjścia z twarzą.
  9. Używaj parafrazy i sprawdzaj czy dobrze ich zrozumiałeś
  10. Pamiętaj obiektywna prawda nie istnieje, są tylko fakty i jedynie one podlegają weryfikacji
  11. Przestań oceniać, klasyfikuj
  12. Słuchaj
  13. Milcz, kiedy mówią i obserwuj pamiętając, że informacja jest zawsze po drugiej stronie
  14. Upewniaj się, czy jesteś dobrze rozumiany 
  15. Używaj poczucia humoru
  16. Przestań zakładać, że wiesz, co mają na myśli, zweryfikuj to, bo często sami nie wiedzą, jak zabrzmiało to, co powiedzieli
  17. Potwierdzaj ich rzeczywistość mówiąc o wspólnych doświadczeniach
  18. Kiedy coś powiesz rób pauzę, aż odpowiedzą – czekaj cierpliwie
  19. Pokazuj, że masz dystans do siebie i swoich obowiązków, dzięki czemu zobaczą w tobie człowieka takiego samego jak oni.
  20. Swoje propozycje i życzenia przekazuj z perspektywy ich korzyści („abyśmy mogli jak najszybciej i bezboleśnie zakończyć tę procedurę potrzebuję ………………”)
  21. Stosuj systemy motywacyjne („może to trwać tygodniami, później będziemy się nawzajem nękać pismami, a możemy popracować nad tym rzetelnie i otwarcie teraz od razu i mieć szybko zadawalający obie strony efekt końcowy”
Wystarczy się nad tym zastanowić, wyciągnąć jedynie słuszne dla siebie wnioski i zacząć stosować!
Miłej zabawy
Wojtek Grad

piątek, 3 września 2010

Człowiek jako istota nieprzekonywalna

Sui iuris i alteri incommunicabilis

Człowiek nieprzekonywalnym jest. I kropka. W zasadzie to mógłby być koniec tego artykułu.

Pozwolimy sobie jednak na trochę więcej wyjaśnień, bo to wydaje się ważne. Być może nawet kluczowe, w międzyludzkiej komunikacji. Bardzo często właśnie komunikujemy się z innymi aby zaprezentować im swoje racje i pomóc i skłonić ich, żeby je uznali za słuszne.

Jak często, na próżno, starałeś się kogoś do czegoś przekonać? Robiłeś lub robiłaś wszystko, co w twojej mocy, a przekonywany obiekt dalej nic. Uparty niczym muł na wąskiej górskiej drodze, jak się zaparł, tak stał na swoich pozycjach i ani w prawo ani w lewo.

Najczęściej ten brak ochoty przyjęcia jedynie słusznych, czyli twoich oczywiście, racji przypisujemy:

  1. Wrodzonemu uporowi obiektu
  2. Wrodzonym lub nabytym ograniczeniom umysłowym obiektu
  3. Chęci zrobienia nam na złość z czystej przekory (i co do tej przekory to prawie fakt, wrócimy do tego)
  4. Brakiem chęci do zrozumienia prezentowanego przez nas stanowiska
  5. Pochodzeniem z niezbyt prawego łoża w skrajnych przypadkach

Można by było wymieniać jeszcze kilka innych powodów. Myślę jednak, że tyle nam wystarczy.

Będąc zamkniętymi (w znaczeniu nie pejoratywnym) we własnych umysłach, bardzo często popełniamy błąd atrybucyjny (dopatrywanie się przyczyn zachowań w stałych cechach osobowości („on taki jest”) i intencjach („on tak chciał”) zamiast we właściwościach sytuacji i obiektu).

Ten błąd polega na przecenieniu naszych możliwości. I nie chodzi tutaj o brak zdolności przekonywania, czy biegłość, w tym właśnie aspekcie komunikacji. Po prostu jako istota ludzka nie mamy takiej „możliwości”, aby drugą istotę do czegokolwiek przekonać.

Tak samo jak nie mamy możliwości chodzenia po wodzie, czy oddychania pod wodą. Są to atrybuty z definicji człowieka, niedostępne (zwróć uwagę na słowo człowieka i już bez tych żartów poproszę, że byli tacy, co chodzili, bo jeżeli byli ludźmi, to chodzili nie po wodzie, tylko po palach, a jeśli oddychali, to zazwyczaj krótko)

Sui iuris oznacza, że każda istota ludzka jest panem swojej woli, a wiec w związku z tym tylko ona właśnie, ma możliwość, czy też zdolność podejmowania decyzji o własnych przekonaniach.

Alteri incommunicapibilis, według filozofów, oznacza nieprzekazywalność, czy nawet niedostępność jej wnętrza, dla czynników zewnętrznego wpływu. Jest to pojęcie bardzo silnie związane z wolną wolą każdego z nas. Jesteś i powinieneś być samodzielny we własnych poczynaniach, ponieważ przede wszystkim jesteś podmiotem interakcji z otoczeniem, a dopiero później bywasz jej przedmiotem. Nikt nie może chcieć za ciebie. Filozofowie uważają tę właśnie barierę wolnej woli człowieka za nieprzekraczalną granice, na której opiera się zarówno ład społeczny jak i szeroko rozumiana kultura.

Przekonałem cię? :)

Oczywiście, że nie, bo nie mogłem, prawda?

Skoro już sobie wyjaśniliśmy, dlaczego istota ludzka jest nieprzekonywalna, to zastanówmy się teraz co możemy zrobić, żeby jednak w jakiś sposób móc wpłynąć na przekonania innej osoby.

Wszystko co możemy i powinniśmy robić, to tworzenie takich warunków, aby pozwolić drugiej osobie na przekonanie się (ten zaimek zwrotny jest brzmi ty wręcz cudownie), co do słuszności naszego punktu widzenia.

Tak napisze to raz jeszcze. Przestań przekonywać innych do czegokolwiek, bo to bezcelowe i przeciw skuteczne. Zacznij pozwalać im żeby się przekonali sami.

Widzisz różnice w podejściu?

Twoim zadaniem jest takie nakreślenie zagadnienia, takie podanie im Twojego punktu widzenia, żeby sami chcieli podjąć decyzję, że to doskonałe rozwiązanie. Na takiej właśnie komunikacji powinien polegać proces przekonywania. Ten ostatni krok, decyzyjny, oni muszą uczynić sami i choćbyś nie wiem jak naciskał, groził, straszył i tak muszą uczynić sami.

Nawet jeśli ktoś komuś grozi, to decyzja o wyborze dalszego sposobu działania, powstaje w głowie straszonego. Ustąpi często przed „argumentem” siły, pod presją czynnika zewnętrznego, niemniej jednak, cały czas zachowuje wolna wolę, do tego aby się sprzeciwić, przeciwstawić lub walczyć. Ustępuję bardzo często ze względu na przewidywane konsekwencje oporu. Często w takich sytuacjach są one tak drastyczne, że wyglądają na nieakceptowane. Słyszałeś o wybieraniu mniejszego zła. Coś w tym jest.

Przykład? Proszę bardzo.

Przez cały okres soc-komunizmu w Polsce, byliśmy przekonywani o jedynej słusznej drodze rozwoju społecznego. Zajmowały się tym szkoły, media, Służba Bezpieczeństwa, Milicja Obywatelska, ZOMO, ORMO, LWP.

Ludzie za brak prawomyślności byli karani, nierzadko śmiercią, torturami, banicją społeczną. W ostatecznym i desperackim zrywie zmilitaryzowano kraj, wyprowadzając armię na ulicę.

I co ? I g…no prawdę mówiąc. Na szczęście dla nas i dla naszego kraju.

Ponieważ nikt, nawet przewodnia siła narodu, bazująca na filozoficzno-przestępczym dorobku swoich głównych a nieomylnych myślicieli, nie mogła za mnie, czy za ciebie podjąć decyzji, że nam to odpowiada i że świt wygląda tak jak Oni nam go przedstawiają.

Czytelny przykład. Prawda?

Jest jakaś magiczna prawie zależność w tym, że im bardziej naciskasz tym większy opór napotykasz. Można by posługując się analogią do fizyki powiedzieć ze skuteczność przekonywania jest wprost proporcjonalna do zaangażowania w proces przekonywanego obiektu i odwrotnie proporcjonalna do kwadratu siły z jaką naciskasz na obiekt aby Twój punkt widzenia przyjął.

Mówiąc prościej, ponieważ każdy może chcieć tylko za siebie, to im bardziej ty chcesz za niego tym on ma mniej motywacji żeby chcieć sam za siebie.

Z innej strony na to patrząc, potraktuj przekonywanie jako drogę, którą macie do przebycia. Stoicie naprzeciw siebie, a pomiędzy Wami jest przestrzeń. Zauważ, że bardzo ludzką i odruchową reakcją na Twoje szybkie poruszanie się po tej drodze będzie chęć zachowania przez interlokutora dystansu. Znaczy to, że jeśli Ty pokonasz 30 jednostek drogi, to rozmówca cofnie się o 20, czyli zrobiłeś netto 10, dalej masz więc 90 do przebycia. Skoro jego pierwszy ruch był wstecz, to istnieje ogromne ryzyko, że kolejne kroki również będzie robił do tyłu i być może nigdy drogi niezbędnej do przekonania nie pokonasz albo w najlepszym układzie natyrasz się i nabiegasz i wyjdzie Ci, że aby zbliżyć się o 100 jednostek drogi netto, pokonałeś tych jednostek parę setek, jeśli nie tysięcy. Mało efektywne, tym bardziej, że nasi rozmówcy rzadko kiedy chcą być tak agresywnie i nieustannie gonieni. Ważnie jest też, że ludzie będą to robić zupełnie odruchowo. Słyszałeś pewnie o strefie osobistej i intymnej. No właśnie.

Inna sytuacja. Stoicie naprzeciwko siebie, a Ty dzięki Twoim kompetencjom komunikacyjnym powodujesz, że to on robi pierwszy i drugi i następne kroki. Tak, żebyś przeszedł nie więcej niż 30, 40 jednostek drogi.

Jak to zrobić?

Daj mu poczucie bezpieczeństwa, szacunku. Zbuduj relację i zarządzaj nią w taki sposób, żeby zaczęło jemu zależeć.

Gdzie to się, szczególnie oprócz męsko damskich zagadnień sprawdza?

Ja tego używam podczas negocjacji, na dobrą sprawę zgodnie z maksymą Herba Cohena „Mnie zależy, ale nie aż tak”.

Możesz tę drogę również potraktować jako pewien rodzaj energii, która jest między Tobą, a Twoim rozmówcą, podczas każdej rozmowy, gdy chcesz kogoś do czegoś przekonać. Pamiętaj, że tej energii jest zawsze 100 jednostek. Energia ta wyraża ochotę, to opisane na wstępie rozdziału „chcenie za siebie”. Zauważ, że im bardziej Ty chcesz za niego, wykorzystując 60, 70 jednostek tej energii, tym mniej zostaje jemu, żeby mógł „chcieć za siebie”, a tylko w ten sposób podejmie decyzję, z której będzie zadowolony. Zadowolony będzie również z kontaktu z Tobą, a więc zbudowałeś dobrą relację, która być może kiedyś Ci się do czegoś przyda. Będziesz mógł sięgnąć do jego wszechświata, a przez to dostaniesz więcej zasobów, będziesz mógł działać bardziej elastycznie i efektywnie.

Wojtek Grad

środa, 25 sierpnia 2010

Brak Kompetencji

Całkiem otwarcie, choć z trudnością i zażenowaniem przyznaje się do braku kompetencji w obsłudze blogerowego cms-a. Po prostu nie jestem w stanie umieścić tutaj filmu, który chciałem zademonstrować.
No co zrobić, nie umiem i już.
Po 4 próbach postanowiłem się poddać. Zamiast filmu podam po prostu link do strony, na której można go obejrzeć te 7 minut nagarnia z komentarzem.
Pewnie Oskara za to nie będzie, bo główna bohaterka, Pani Clinton i tak by go nie chciała odebrać. Za to Malinę czyli anty Oskara spokojnie, bym jej przyznał.
Za co?
Za brak spójności.
Za brak kompetencji.
Za to, że jej się całkowicie przekazywana treść z mową ciała rozjechała.
Jeśli masz ochotę zobaczyć jak nie należy kłamać to zapraszam na:
Krótki film o braku spójności

czwartek, 19 sierpnia 2010

Neurologiczne Podstawy komunikacji

Neurologiczne podstawy komunikacji

Na początku pewne wyjaśnienie. Autor w żaden sposób nie zakłada, że to co tutaj pisze, jest prawdą objawioną. Więcej w jego imieniu powiem, humanistą będąc, skupiał on się wyłącznie na tym, co był w stanie zrozumieć z różnych publikacji, które czytał i studiował przygotowując ten materiał.

Mam nadzieję, że te wyjaśnienia zapobiegną wszelkim odsądzaniom od czci i wiary, czynionym przez medyków, psychologów i innych ludzi, którzy w tej akurat dziedzinie są ekspertami.

Potraktować to należy bardziej jako „co autor bazując na własnym doświadczeniu i wiedzy zrozumiał z tego co znalazł w książkach mądrych i niezbyt rzetelnym Internecie” na temat co się dzieje w mózgu człowieka gdy się komunikuje.

Napisawszy te uwagi i zastrzeżenia przejdźmy do meritum.

Bez takiego wstępu pewnie trudno byłoby, w tak łatwy sposób czytelnikowi zaakceptować, że od niedawna empatia i intuicja, przestały być postrzegane jako zjawiska parapsychologiczne i stały się przedmiotem badań i dociekań naukowców. Napomknąłbym jeszcze o telepatii, ale w to, to już nikt nie uwierzy, wiec skromnie zamilknę na ten temat :) .

Ostatnie kilka lat dla neurologów badających struktury nerwowe w aspekcie ich wpływu na ludzką komunikacje i inteligencję społeczną, przyniosły kilka ważnych odkryć.

Po pierwsze empatia stała się zjawiskiem naukowym. Badając małpy włoscy naukowcy wyodrębnili nowy rodzaj neuronów. Nazwali je neuronami lustrzanymi. Nasz mózg jest nimi dosłownie nafaszerowany, jak dobry sernik krakowski rodzynkami. W zasadzie pełnią one tylko jedno zadanie. Odpowiadają za powielanie emocji innej osoby, której zachowanie obserwujemy. Gdy w sposób świadomy lub podświadomy odgadniemy jej emocję neurony lustrzane sprawią, że natychmiast możemy przeżywać wspólne z nią doświadczenia.

Najciekawsze jest to, że rozpoznano kilka grup neuronów lustrzanych odpowiedzialnych za powielanie tylko pojedynczych emocji. I tak na przykład pewien rodzaj neuronów lustrzanych odpowiedzialny jest za wykrywanie i powielanie śmiechu i uśmiechu, wywołując jego odwzajemnienie.

Osobiście dzięki swoim „badaniom” dochodzę do wniosku, że tutaj mogą w grę wchodzić różnice kulturowe pomiędzy poszczególnymi narodowościami.

Kiedyś przeprowadzałem w warszawskim metrze eksperyment. Wsiadałem do wagonu nawiązywałem kontakt wzrokowy ze współpasażerami i się do nich uśmiechałem. Tylko

12,5 % ludzi odpowiadało mi uśmiechem. Reszta momentalnie zrywała kontakt wzrokowy, i miałem wrażenie (być może poprzez empatię), że znikali mnie wręcz ze swojej rzeczywistości.

Dużo lepiej podobny eksperyment wypadł na ulicy. Zaczepiałem wzrokiem przechodnia idącego z przeciwnej strony i uśmiechałem się do niego. Miałem 46% pozytywnych odpowiedzi.

Być może decydującą rolę odgrywała tu chwilowość kontaktu.

Pobawiłem się w ten sam sposób w londyńskim metrze i tam dostałem aż 42% pozytywnych odpowiedzi na mój uśmiech a 12% nawiązało nawet ze mną kontakt werbalny mówiąc „cześć, co słychać”.

Warto dodać jeszcze, że każdy uśmiech to endorfinowy prezent, który robimy sobie oraz wszystkim tym, którzy za nami podążają odpowiadając na uśmiech. Tak czy inaczej warto podkreślić, że lepiej czujemy się z osobami, które często się uśmiechają niż z ponurakami.

Wracając do neuronów lustrzanych, badając je dalej, część naukowców ukuła tezę, że skoro są one odpowiedzialne za współodczuwanie socjalne i kontakt jednostki z otoczeniem, to być może ich niedobór w mózgu wywołuje autyzm.

Po drugie intuicja została naukowo udowodniona również. Za tę umiejętność ludzkiego mózgu odpowiada grupa neuronów wrzecionowatych. Są one trzy do czterech razy większe od innych komórek mózgowych, charakteryzują się także dłuższymi wypustkami, dzięki czemu mają łatwiejsze połączenie z innymi komórkami i przez to szybciej przekazują myśli i odczucia, emocje i przekonania. Uaktywniają się one zawsze wtedy, gdy szybko musimy wybrać jedną opcję z wielu. Pomagają również podjąć decyzję czy spotkana osoba jest godna zaufania czy nie. Dzieje się to średnio w ciągu 1/20 sekundy. Na tym miedzy innymi polega prawo pierwszego wrażenia tak często opisywane w różnych tekstach dotyczących komunikacji i psychologii relacji. Niektórzy jednak mówią, że pierwsze wrażenie ma znaczenie tylko wtedy, gdy jest ostatnim, a prawda pewnie, jak zwykle, leży gdzieś po środku.

Warto też wspomnieć o innej jeszcze grupie neuronów nazywanych oscylatorami. Odpowiadają one za koordynację naszych ruchów. Dobrym przykładem tutaj będzie na przykład trio smyczkowe. Muzycy, właśnie dzięki oscylatorom, są w stanie dostroić swoje ruchy w tak perfekcyjny sposób, że w tym samym momencie uderzają smyczkami w strunę i dokładnie w tym samym momencie kończą nutę. Badania wykazały, że prawe półkule skrzypków są ze sobą ściślej zsynchronizowane niż prawa i lewa półkula ich własnych mózgów. Taka sama koordynacja ma miejsce wśród par tańczących ze sobą, że o zakochanych, którzy mają się zamiar właśnie pocałować nie wspomnę.

Wszystko to, co przeczytałeś wyżej, odbywa się na poziomie nieświadomym, tak jak oddychanie. Są to procesy, które po prostu dzieją się w Twoim mózgu i mają odzwierciedlenie w zachowaniu. Nasuwa się pytanie, w jaki sposób możesz z tej wiedzy w sposób świadomy skorzystać, aby podnieść efektywność Twojej komunikacji?

I jak zwykle zrobisz z tą wiedzą, dokładnie to, co będziesz chciał :)

Więcej materiałów o tym jak rozmawiać z ludzmi

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Iloraz Efektywności Komunikacyjnej

Aż wstyd się przyznać, bo wbrew pozorom otwarte mówienie o tym jest trudne i bardzo stresujące, że ILEK powstał na złość.

Tak właśnie!

Wysoki poziom wkurzenia permanentnego, był katalizatorem do tego, żeby otworzyć oczy i kreatywnie pomyśleć.

Myślę że możesz to sobie wyobrazić, albo z własnego doświadczenia przypomnieć, jak się czuje człowiek, któremu najpierw podawali pewna wiedzę, jako prawdę objawiona, uwierzyłeś w to, stałeś się poniekąd wyznawcą teorii, a później się okazuję, że to wszystko można jedynie o kant tyłka potłuc.

Bo nagle, albo z czasem, dowiadujesz się, że w tym czego uczyli cię różni wykładowcy i autorzy licznych książek, jest tyle samo prawdy, ile w komunikacie znamienitego radia Erewań o tym, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody. A kiedy sprawdziłeś to okazało się, że nie w Moskwie tylko w Petresburgu, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, a kradną. Jest różnica! Nie sadzisz?

Taki dysonans bywa frustrujący.

To może napiszę wreszcie co konkretnie, do stanu zbliżonego do pasji, mnie doprowadziło. Otóż tak zwane „prawo Mehrebiana”.

Nie znasz?

E tam, słyszałeś na pewno.

Przecież to nic innego, tylko w sposób ciągle powtarzane bzdury o tym, że właśnie Mehrebian udowodnił i wykazał swoim eksperymentem, że 55% informacji w twojej komunikacji jest przekazywana za pomocą mowy ciała, 38% za pomocą głosu, a całe 7% to treść, która przekazujesz werbalnie. Brzmi fascynująco, szkoda tylko, że w całości to bzdura. Prawdą jest, że Mehrebian przeprowadził eksperyment, a jego wyniki są właśnie wyrażone takimi wartościami procentowymi. Natomiast to, co się z tym później stało, to wołający o pomstę do miejsca, skąd ona może najszybciej przyjść, skandal i bzdura. Tutaj znajdziesz dokładny opis tego co i jak zrobił Mehrabina

Do tej pory, gdy podążasz za tokiem tej wypowiedzi i zdecydowałeś się choć odrobiną powspółodczuwać ze mną święte oburzenie i złości, możemy dodatkowo dojść do wniosku, że wprawdzie ponoć złość piękności szkodzi, ale może też być bardzo motywującym do poszukiwań czynnikiem. Takim wywołującym absolutną kreatywność.

Poza wszystkim jednak coś w tym jest, że efektywność przekazywanej przez nas informacji zależy od więcej niż jednego, związanego z merytoryką treści czynnika.

Mając te widomości zacząłem poszukiwania. Ich celem miałoby być pokazanie normalnemu człowiekowi, takiemu jak ja czy Ty, od czego może zależeć efektywność komunikacyjna.

Iloraz Efektywności Komunikacyjnej

L – treść (1 do 10)

V— głos (1 do 10)

B— zachowania (1 do 10)

maxPot — maksymalny możliwy potencjał 10 X 10 X 10 = 1 000

Praktycznie jak to wygląda?

Przez chwilę sobie wyobraź pod szeroko zamkniętymi oczami, albo tylko przypomnij sobie, takie zdarzenie ze studiów na przykład. Profesor, guru i skarbnica wiedzy wszelakiej w swojej specjalności, prowadzi zajęcia dla dużej grupy słuchaczy, wśród których i Ty się znajdujesz.

Ma tyle wiedzy, że przez cały czas wykładu pochłonięty jest treścią, którą stara się przekazać. Stoi twardo przy mównicy, a jedyne ruchy, które wykonuje polegają na odwracaniu się w stronę ekranu, na którym trwa pokaz slajdów z wykresami, którymi chciał wzbogacić swoje wystąpienie. W pewnym momencie zauważasz, że zaczął już w ogóle rozmawiać wyłącznie ze swoją prezentacją, stając do sali tyłem. Robi częste pauzy, przez co wystąpieniu brak dynamiki, zacina się, a monotonia w jego głosie mogłaby by być większa, tylko w wypadku gdyby czytał z kartki. Chociaż wtedy może nie byłoby tylu skrótów myślowych. Za każdym razem gdy mówi, że coś jest ważne, cofa się odrobinę.

Jak dobrze będziesz takie wystąpienie wspominał?

Ile znajdziesz w sobie cierpliwości żeby uważnie śledzić, co ten merytorycznie jak najbardziej kompetentny człowiek, do Ciebie mówi?

Jak szybko wyciągniesz komórkę żeby popisać sms-y lub pograć w Węża?

W końcu, jak będzie efektywność tego wystąpienia, niezależnie od jak najlepszych intencji prelegenta?

Policzmy

L — czyli treść w skali od 1 do 10 damy 9 bo to największy autorytet w danej dziedzinie

V – czyli to co robi z głosem, powiedzmy 2, bo przynajmniej nie połykał końcówek i zdania pytające intonował do góry

B – czyli sposób bycia, 2, bo przy jedynce nie wysiedziałbyś do końca

Podstawiamy do wzoru na iloraz efektywności komunikacyjnej:

Iloraz Efektywności Komunikacyjnej

ILEK = 3,6%

Czy ten wynik jest zadawalający?

Z punktu wiedzenia procesu nauczania nie, gdyż przepadło w jakiś sposób pozostałe 96,4% potencjalnej dla Profesora efektywności.

Kto na tym stracił?

Oczywiście studenci!

I sam teraz przyznaj czy ten sposób informowania ludzi o tym że w komunikacji oprócz treści liczy się jeszcze forma nie jest prostszy a przede wszystkim bardziej uczciwy od tego co „rynek” zrobił z badaniami Mehrebiana

Zapraszamy po więcej darmowej wiedzy

poniedziałek, 9 listopada 2009

Wariograf na poligrafie

Cal Lightman jak i cała Lightman Group utrzymuje się z wykrywania kłamstwa, albo jeśli ktoś woli, odnajdywania prawdy. W zasadzie na jedno wyjdzie, chociaż nie do końca. Robią to, posługując się odnajdywaniem i interpretowaniem behawioralnych oznak kłamstwa.

A są przecież, jak wszyscy wiemy, urządzenia, które do tego służą. Nazywają się one wariografami, lub wymiennie, poligrafami.

Czym jest taki wariograf?

Otóż to nic innego jak zestaw czujników, które za pomocą pisaków notują zmiany zachodzące w autonomicznym układzie nerwowym (AUN). Niektóre zmiany zachodzące w AUN bywają odzwierciedleniem napięcia emocjonalnego człowieka. Za pomocą wariografu mierzy się: zmiany w szybkości i głębokości oddechu badanego, zmiany ciśnienia krwi i tempa bicia serca, zmiany w poceniu się.

Co ciekawe nie istnieje żadna obiektywnie mierzalna wskazówka wskazująca, że badany kłamie. Urządzenie jest więc nazywane wykrywaczem kłamstw odrobinę na wyrost. To rejestrator aktywności wyłącznie.

Żeby badanie takim urządzeniem było efektywne, konieczny jest na początku pewien zabieg ze strony badającego. Musi on przekonać badanego, że jest on w stanie za pomocą maszyny wykryć prawdę. Służy temu test pobudzenia. Bardzo często teki test polega na tym, że badający opierając się na zapisach wariografu określa, jaką kartę badany wybrał sobie spośród kilku możliwości. Tajemnicą Poliszynela jest, że wielu operatorów wariografu posługuje się, dla wywarcia pożądanego efektu, znaczonymi kartami.

I dopiero, kiedy badany uwierzył, że wariograf jest skuteczny, badający przystępuję do prawdziwego testu. Oczywiście pomagają mu w tym pewne cywilizacyjne stereotypy. Na przykład wielokrotnie powtarzane zdanie w filmach i książkach, że tej maszyny nie da się oszukać oraz presupozycja: „Skoro ktoś zdecydował się mnie badać tą metodą inwestując w to czas i pieniądze, to znaczy ze jest ona skuteczna, więc nie da się wariografu oszukać, bo stosuje go CIA, FBI, NSA i ZHP, no nie ZHP może nie”.

Tak czy inaczej, najpierw musimy wmówić badanemu, że badanie jest skuteczne. Przypomina to trochę zabiegi Derena Brawna podczas jego pokazów ulicznych. Równie dobrze więc, za wykrywacz kłamstw, tak jak w drugim odcinku L2M, może służyć jajko strusia. Reszta zależy wyłącznie od siły przekonywania badającego. I broń Boże nie jest to zamach na wiarygodność testów przeprowadzanych za pomocą wariografu a tylko stwierdzenie pewnych faktów.

Zdarzyło ci się pewnie powiedzieć lub usłyszeć już kiedyś coś takiego:

„Znam cie tak dobrze, że wystarczy mi jeden rzut oka i zawsze wiem, kiedy mnie okłamujesz.”

A jak było dalej to już Ty szanowny Czytelniku wiesz najlepiej.